Nasza Wspólnota nr 116 Listopad 2007


Dlaczego warto żyć?
Jose Luis Martin Descalzo


Pustka, której nie da się wypełnić
Nieraz otrzymuję listy, które sadła mnie niczym uderzenie pięścią między oczy. Zostawiają mi pustkę w duszy, wywołuj ą uczucie smutku, niepokoju i wiem, że nigdy nie będę w stanie godnie na nie odpowiedzieć. Listy takie jak ten, w którym pewna kobieta opowiada - bardziej jękiem, niż słowami - o tragicznej śmierci swojego syna albo o tym, że właśnie odszedł z tego świata człowiek, z którym przeżyła wiele lat w szczęściu i miłości. W tych listach właściwie nikt mnie o nic nie prosi. Ich autorzy krzyczą z rozpaczy u moich drzwi, tak jak mogliby to zrobić w kościele czy w domu bliskiego przyjaciela. Opisują zamęt, jaki czują, wyznają, że ich życie straciło sens i że teraz tylko czekają, by ich także zabrała śmierć i skróciła ich cierpienia. Stawiają pytania, łomoczą zakrwawionymi pięściami w drzwi tajemnicy. A jeśli nie plamią kartek łzami, to tylko dlatego, że już im brakło łez.
Wobec tych listów czuję się bezradny. Dobrze wiem, że w obliczu takich nieszczęść słowa nie zdadzą się na nic. Kiedy idę na pogrzeb, mam podobne odczucia: jedyne, co umiem zrobić, to usiąść z cierpiącymi i milczeć. Bo wobec śmierci bliskiej osoby wszystko brzmi fałszywie. I nawet sama przyjaźń wydaje się bezużyteczna (choć wcale tak nie jest).
Gabriel Marcel doskonale to rozumiał: "Prawdziwym problemem nie jest moja śmierć, ale śmierć osób kochanych". Ma rację: umrzeć, to po prostu umrzeć. Ale patrzeć, jak umiera ktoś, kogo kochasz, wydaje się doświadczeniem, na które ludzka natura nie jest chyba przygotowana.
Niemniej jednak trzeba spróbować znaleźć jakąś odpowiedź, nawet gdyby miała być absurdalna. Tak absurdalna jak ta, której udzieliła pewna dziewczynka, kiedy spytałem ją: "Co byś zrobiła, żeby pocieszyć kogoś smutnego?" Mała zamyśliła się głęboko i wreszcie odpowiedziała: "Połaskotałabym go".
Konwencjonalne słowa pocieszenia są dokładnie tak samo bezsensowne, jak łaskotki mojej małej przyjaciółki. Bo smutek po odejściu bliskiej osoby jest święty. Mimo to sądzę, że wiara i miłość mogą być jakąś pociechą, jeśli nie ostateczną odpowiedzią. Co prawda wiara nie potrafi uleczyć wszystkich ran, ale wyjaśnia pewne sprawy i nawet może uśmierzyć ból, jeśli idzie w parze z nadzieją. Tę nadzieję na szczęście mamy zakorzenioną w sercach i dzięki niej wierzymy, że nie umieramy całkowicie. To nadzieja, której nie zdobyliśmy siłą ludzkiego pragnienia, ale która wypływa z samego centrum ludzkiej natury.
Gabriel Marcel - zacytuję go znowu, bo jest on wielkim współczesnym pro fetą owej nadziei-cierpiał niewypowiedzianie z powodu śmierci swych bliskich, ale z czasem odkrył, że zmarli nie opuszczają nas całkiem. "Daj ą nam znaki" z drugiej strony i "nasza nadzieja jest odpowiedzią na to wezwanie przesłane nam z innego świata", bo "pewność, że zmarli nadal żyją z nami, jest chlebem powszednim milionów matek, żon i mężów, którzy utracili kochaną osobę".
Ale kto nam zagwarantuje, że to nie są tylko piękne słówka? Gwarantuje to miłość, która wie, że zmarli nie odeszli tak zupełnie. Gwarantuje to - w przypadku chrześcijan - Jezus, który był po drugiej stronie, poznał obydwa oblicza rzeczywistości i zapewnił nas, że będzie na nas czekał na drugim brzegu.
Podoba mi się myśl, że my, którzy jesteśmy tutaj, tak naprawdę w połowie znajdujemy się tu, na ziemi, a w połowie po drugiej stronie. Pamiętam, jak poruszyło mnie zdanie św. Jana od Krzyża, który zapewniał, że dusza miłująca Boga żyje już bardziej na tamtym świecie, niż na tym, i że "dusza bardziej żyje w tym, co kocha niż tam, gdzie mieszka". A przecież mam już prawie tyle samo kochanych osób i rzeczy na tamtym świecie, co na tym! Być może nasze życie jest jak waga, na której w chwili urodzenia otrzymujemy całą naszą miłość na szali życia i powolutku, z biegiem lat, przekładamy skrawki miłości na szalę śmierci. Umieranie byłoby wówczas zachwianiem równowagi: sytuacją, w której więcej miłości znalazłoby się na szali innego życia.
Kiedy umierał mój ojciec, rozmawiał ze swym spowiednikiem i mówił, jak ciężko jest mu odchodzić i zostawiać dzieci na tym świecie. A kiedy don Vicente mu odrzekł: "Ale przecież na drugim świecie czekają na pana rodzice, bracia, żona", mój ojciec powiedział po prostu: "To prawda".
Tak, to prawda. Życie to wielka przygoda, w którą rzucamy się niemal po omacku. Ciąży nad nami tajemnica. Tajemnica, która powoli i boleśnie wydziera nas nam samym. Aż do chwili - jeszcze raz , cytuję Marcela - "kiedy wszystko pogrąży się w miłości".